przydawka


Nobel poprawny
9 październik 2009, 7:44 PM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, kulturowo, politycznie, społecznie | Tagi: , , , ,

To nie jest wstyd dla komitetu przyznającego pokojową nagrodę Nobla. To także nie jest wstyd dla samej nagrody. Standardowo od lat, ta nagroda nie znaczy nic dla pokoju na świecie. Przyznawana jest zachowawczo, a komitet odpowiedzialny za to kto w danym roku otrzyma kupę pieniędzy dba zawsze – by nie urazić poprawności politycznej. Jeżeli do pokojowej nagrody Nobla nominowany był Adolf Hitler a Irena Sendler przegrała z niedoszłym prezydentem USA i jego zespołem do spraw zmian klimatu, to warto zadać sobie pytanie – co obecnie rozumiemy pod słowem “pokój”? Jeżeli norweska rada sypie tytułem okraszonym pokaźną sumą pieniędzy “na zachętę” czy znaczy to, że w minionym roku nie narodził się żaden człowiek czynu? A może inaczej.. Czy ktoś kto zrobił coś dla pokoju przed laty nie może być odznaczony teraz? Obama jest przecież prezydentem dopiero 9 miesięcy. Został zauważony jako człowiek – populista, do bólu poprawny politycznie, rozmawiający z Rosją, łagodzący zmarszczki na czole Putina Wielkiego i odbierający nam zabawki, dzięki którym wespół z Czechami poczuliśmy, że jednak liczymy się w wielkim świecie.

Jan Paweł II był kwintesencją człowieka pokoju. Dla pacyfistów przyznającym tę nagrodę powinien być sztandarowym przykładem jak należy postępować w życiu i działaniu. Walczyć słowem, miłością i konsekwencją. Niestety Papież był.. jakby to powiedzieć – katolikiem. A przecież katolicy w wielkim zachodnim świecie nie mogą być wyróżnieni. To co robił Jan Paweł II było spowodowane religią, ideologią, czymś co nie czyni umysłu wolnym. Podobnie Irena Sendler. Polka – chrześcijanka ratująca żydowskie dzieci z warszawskiego getta. Dwa i pół tysiąca dzieci, dwa i pół tysiąca tożsamości, które wróciły do nich po wojnie. Polka torturowana na Pawiaku, cudem ocalona z transportu na egzekucję. Kobieta, która przez 60 lat żyła w cieniu. Odkryta przez niesamowity przypadek dzięki amerykańskim licealistkom. I jak to w Ameryce bywa – sprawy potoczyły się szybko. Natychmiast stała się sławna. Nominacja także przyszła szybko. Rok po przegranej zmarła cicho w swojej ukochanej Warszawie.
Jaser Arafat, który z kolei miał sporo wspólnego ze śmiercią Żydów – pokojowego Nobla dostał dlatego, że podpisał papier, że przestanie. Cóż za przewrotność.

Barack Obama dużo obiecuje, uśmiecha się do świata. Chce rozmawiać – nie walczyć, chce prosić – nie grozić, jest przystojnym demokratą – nie siwym republikaninem, jest czarny.

Rok – 2009, Laureat – Barack Obama, Osiągnięcie: Nie bycie Bushem.



Między religią a prawem
23 wrzesień 2009, 9:33 PM
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Dzisiaj zapadł kolejny wyrok w sprawie Alicji Tysiąc. Tym razem chodziło o artykuł w Gościu Niedzielnym, który zestawił nazwisko powódki i określenie “hitlerowiec” w jednym artykule i ośmielił się nazwać “przerwanie ciąży” – zabójstwem. Ma przeprosić i zapłacić. I pojawia się multum wątpliwości czy wyrok jest zgodny z prawem Rzeczpospolitej. Gwałt na wolności słowa czy słuszne nazwanie bezczelności po imieniu?
Mamy tutaj do czynienia z całą lawiną sprzeczności logicznych, bo jeśli sędzia w uzasadnieniu wyroku przyznaje redakcji Gościa Niedzielnego prawo do stosowania nazewnictwa “zabójstwo” względem przerywania ciąży, to dlaczego teraz karze ich za zastosowanie tego określenia? Sędzia uważa, że ideologia katolicka dopuszcza “humanizowanie zarodka” i, że “należy to uszanować”. Brzmi to co najmniej jak tolerowanie pewnej odmienności, podczas gdy konstytucja III RP wyraźnie mówi o ochronie życia od samego poczęcia, aż do śmierci. A więc o co chodzi? Polskie prawo nazywa mikroskopijny, galaretowaty zbiór komórek – człowiekiem. Przedstawicielki polskiej lewicy oraz środowisk feministycznych nazywają to “zarodkiem” pozwalając sobie na takie uproszczenia jak “katolicy wolą oślepić kobietę by ratować zarodek”. Ale czy istnieje magiczna granica w której “zarodek” zamienia się w człowieka?

Gdyby odrzucić złośliwości i fundamentalizm zarówno katolicki jak i ściśle feministyczny w tej sprawie zostałyby czyste bezsporne fakty. Ustawa dopuszczająca aborcję w Polsce przewiduje taką ewentualność tylko i wyłącznie w trzech przypadkach. Jeżeli ciąża zagraża życiu i zdrowiu matki, jeżeli zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka lub jeżeli ciąża jest wynikiem gwałtu na kobiecie. Zgodnie z prawem – groźba ślepoty jest absolutnie dopuszczalnym powodem dla którego można ubiegać się o przerwanie ciąży. Kobieta i tylko kobieta ma prawo decydować co zrobić. Czy życie poczęte przerwać, czy zaryzykować swoim życiem by ratować inne? Kiedy tak niejednoznacznie możemy mówić o zabójstwie i jeszcze da się zamienić to słowo na jakieś inne, mniej wpadające w ucho – tylko kobieta ma prawo postawić swoje dobro wyżej nad dobro człowieka w dwóch przypadkach. Pierwszy tyczy się właśnie aborcji, drugi – obrony koniecznej.

Polska dała prawo Alicji Tysiąc zabić swoją córkę, ale nie pozwoliła jej tego prawa wyegzekwować. Obecnie kobieta nosi okulary ze szkłami o mocy minus 22 dioptrii. Samotna kobieta z trojgiem dorastających dzieci praktycznie niewidoma. Dramat. Ale wychowuje wszystkie swoje dzieci, łącznie z tym “od oczu”. Dziewczynka jest zdrowa. Matka deklaruje dobry kontakt z córką i łączące je obie wielkie uczucie. Niewielu ludzi wie co przeżywa Julia, przez którą matka ledwo widzi i walczy o pieniądze za to, że zmusili ją by Julię urodziła. I nikogo na dobrą sprawę to nie interesuje, bo w obu obozach liczy się idea. Zniszczenie “katoli” lub “feminazistek”.

Alicja Tysiąc jest kobietą bardzo prostą. Widać jak znacząco wpływają na nią organizacje lewicowe lub antykościelne. Stała się w ich rękach prawdziwą ikoną i męczennicą za wiarę w decydowanie o swoim ciele. Sama zainteresowana ledwo potrafi się wysłowić i nierzadko czyta z kartki swoje własne odczucia. Nie zdaje sobie sprawy, że jej postawa jest pełna sprzeczności. Stara się postępować uczciwie względem swoich nowych koleżanek i względem ogólnie przyjętej przyzwoitości. Mówi o miłości do córki jednocześnie pokazując się na wiecach i spotkaniach kobiet, które współczują jej “tamtego porodu”.

Kiedy po wygranej w Strasburgu powódka nie utaiła danych osobowych – w środowisku Wyzwolonych powstało coś, co dosłownie uosobiło ideę uciemiężonych “owieczek” o których pisała jedna z czołowych feministek RP – Kazimiera Szczuka. Kobieta, którą było można nazwać po imieniu, zobaczyć jej grube szkła, potargane włosy i gromadkę dzieci. Skądinąd uważanych dzisiaj za owoc niedoinformowania lub utrudnionego dostępu do środków antykoncepcyjnych. Prawda jest taka, że kobieta przestraszyła się postępującej wady i postanowiła zastosować dostępny w prawie środek zapobiegawczy. Nie dostała odszkodowania za niezabicie córki, nie “wolała zabić dziecko zamiast kupić parę okularów”, a “katole” nie woleli oślepić kobiety kosztem “zarodka” i nie poświęcili życia matki dwojga dzieci dla niepodobnego do niczego co żyje – płodu.

Polska złamała swoje własne prawo i powinna zapłacić odszkodowanie. Zadecydowała za kobietę, doprowadziła do jej kalectwa i musi ponieść konsekwencje. Rozpatrując ten problem w kwestii prawnej – wszystko co się zdarzyło, było słuszne. Nie sposób zmierzyć ludzkiego sumienia. Nikt nie potrafi ogarnąć umysłem miłości do samego siebie, żyjącego dziecka, poczętego dziecka. Jednak jak najbardziej da się ogarnąć umysłem to co zrobiły z tej kobiety dwa nienawidzące się obozy. Przedmiot, argument, symbol.



Ruchome Słowa
22 kwiecień 2009, 12:15 PM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, politycznie, społecznie | Tagi: , , , ,

W dzisiejszych czasach pewne słowa – zwłaszcza rzucone w określoną grupę ludzi – tracą na znaczeniu. Odwaga, zdrada, lojalność nie są już takim towarem luksusowym jakim były przed laty. Obecnie można. Można więcej, można w gruncie rzeczy wszystko – bo konsekwencje i tak są niewielkie. Wśród młodzieży Anty coraz bardziej popularna jest ta forma odwagi jaką jest krytyka i mieszanie z błotem władzy panującej. Możemy sobie poużywać na forach, blogach, czy jak w przypadku ludzi już nieco poważniejszych – w rozgłośni radiowej. Dzisiaj w Rzeczpospolitej napisał o tym Tomasz Wróblewski powracając do sprawy sprzed miesiąca. Dwóch dziennikarzy prowadzących poranną audycję w Esce Rock po raz kolejny “odważyło się” obrazić głowę państwa.

W czasach wolności bycie odważnym jest bardzo łatwe. Wystarczy dostęp do internetu, znikoma wiedza lub jej absolutny brak, dużo propagandy i bycie trendy. Bo to modne jest takie plucie na prezydenta. Zakładamy bloga, forum czy temat na Gronie i jedziemy. Rzecznik kancelarii Lecha Kaczyńskiego wypowiedział się w sprawie tamtej obelgi. Prezydent zna sprawę, ale nie wniesie oskarżenia. Nie wspominając o tym, że podobne wykroczenie powinno się ścigać z urzędu – prezydent nie stanął w szranki z ludźmi pokroju Wojewódzkiego i Figurskiego. Kiedy Wojewódzki był w wieku współczesnych trolli internetowych, w Polsce wprowadzono stan wojenny. Czy wtedy, albo nawet kilka lat później wpadłoby mu do głowy by ośmieszać władzę? Podobnie jak wielu innych dzisiejszych odważnych – wtedy siedział cicho. Po latach władza się zmieniła i chociaż dookoła prezydenta siedzą panowie, którzy gdyby tylko mogli, za krytykę posłaliby na odwrócony taboret – Lech Kaczyński na świeczniku internautów i showmanów nie jest jednym z takich panów. Ale na szczęście dla Wojewódzkiego prezydent jest niski, niemedialny, ma starszą żonę i brata, który mieszka z mamą.

Słowa tracą na znaczeniu. Kiedyś dobieranie przyjaciół było procesem złożonym, trwającym wiele lat. Zaufanie było towarem luksusowym. Jeśli ktoś zdradził – grupa mogła iść do więzienia, zostać rozbita, inwigilowana, a nawet narażona na śmierć. Dzisiaj można publicznie krytykować władzę, a jeśli ktoś pójdzie z tym na policję – zostanie wyśmiany i odesłany do domu. Dzisiaj nie ma nawet jak być zdrajcą. Co najwyżej frajerem. Zaufaniem można kogoś obdarować, później stracić je bez poczucia większej pustki. Wszystko przychodzi łatwiej. Za PRL ludzie za prawdę, krytykę lub próby walki byli aresztowani, bici lub zwalniani z wilczym biletem. Dzisiaj grupę chamów sądzonych lub zawieszonych za zmieszanie z błotem głowy państwa nazywa się męczennikami IV Rzeczpospolitej.



Kompetencja – towar limitowany
18 kwiecień 2009, 2:46 PM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, politycznie, społecznie | Tagi: , , , , , ,

Po krótkiej lekturze felietonu Dominika Zdorta, łapię się za głowę po raz kolejny. Potwierdza się teoria wysnuta przez wielu publicystów, w tym właśnie Zdorta. Gazeta Wyborcza nie tylko manipuluje faktami w sposób karygodny i skrajnie nieprofesjonalny, ale również nie rozumie słów, których używa. Dzisiaj w Wyborczej ukazał się artykuł pt. Rasizm nasz powszedni. Paweł Smoleński opisuje przykłady polskiego karygodnego zachowania wobec gości z Afryki, jednocześnie usprawiedliwiając akty agresji czarnoskórych wobec Polaków. I Bóg raczy wiedzieć czemu wplątuje w swój wywód wyraz “patriotyzm”.

Rasizm “po polsku” jest najczęściej właściwy specyficznej grupie ludzi. Bardzo młodych, słabo wykształconych, często ogolonych, często w dresie. To forma rasizmu, która najczęściej używa argumentu siły. Inne formy – popularne od setek lat wszędzie na świecie – są ciche, przybierają bardziej wysublimowane kształty. W urzędach, na uczelniach, w kinach oraz wielu innych miejscach publicznych. O tym Smoleński nie napisał. Wspomina o marginesie społecznym i z nim właśnie kojarzy polski patriotyzm. Porównanie postawy bezmózgich byczków z osiedla do “postawy łączącej przywiązanie i miłość do ojczyzny oraz solidarność z własnym narodem — z szacunkiem dla innych narodów” jest śmieszne i zadziwiające. Dziennikarz posługujący się wyrazami, których znaczenia nie zna ? Niestety w Wyborczej to “specjalność lokalu”. Zwłaszcza mieszanie z błotem słowa “patriotyzm”. W 2006 roku Anna Bikont wydała książkę na temat Polaków – nazistów, często stosując określenia “patriota” i “antysemita” zamiennie. Ot, takie synonimy.

Ogrom uogólnień, podnoszenia błahostki do rangi tragedii to prawdziwy żywioł publicystów z Gazety Wyborczej. Smoleński opisuje w swoim gorzkim artykule czarną księgę polskiego rasizmu, jako kontrargument tezy, że incydenty rasistowskie w Polsce to przypadki marginalne. Oto fragment: “Mam przed sobą “Brunatną księgę” wydaną przez stowarzyszenie Nigdy Więcej i Collegium Civitas. Na 470 stronach gęstego druku kilkanaście lat naszej najnowszej historii – suche, kilku zdaniowe notki o setkach incydentów i przestępstw na tle rasistowskim i ksenofobicznym. Antysemickie napisy i otwarcie kolportowana literatura wzywająca do nienawiści, bicia cudzoziemców, nawet zabójstwa. To tak wygląda margines?470 stron opisujące kilkanaście lat dokumentacji na temat przestępstw o charakterze ksenofobicznym. Zapewne pan Smoleński nigdy nie widział miesięcznej statystyki w Rejestrze Spraw Dochodzeniowo – Śledczych w warszawskich komendach rejonowych. Księgi podsumowujące dwanaście statystyk za 2008 rok zamknęły się na liczbie 8700 dla samej dzielnicy Wola – Bemowo. Rejonówek w Warszawie jest siedem. W samej stolicy w jednym roku ilość zgłoszeń przestępstw wszelakich zamyka się w liczbie między 50 a 63 tysiące. Ilość wykroczeń i przestępstw zebrana z całego kraju jest zapewne kilkadziesiąt razy większa. A w dalszym ciągu mówimy o jednym roku. Odpowiadając na pytanie Smoleńskiego – tak, proszę pana. Przedstawione przez pana 470 stron dokumentujących kilkanaście lat polskiego rasizmu to ułamek. Najprawdziwszy margines.

Wysokie liczby rzucone ludziom niezastanawiającym się nad ich sensem i skalą potęgują wrażenia. A śmiałe osądy dziennikarzy Wyborczej podsumowują cały naród. Polacy to antysemici, Polacy to rasiści, Polacy to chory z nienawiści naród rozdrapujący rany. Uogólnienia na każdym kroku i żonglerka słowami, którym publicyści GW dopisali własne, alternatywne znaczenia to powody dla których dziennikarze tego pisma nie są traktowani poważnie, a brak profesjonalizmu powoli staje się znakiem firmowym Wyborczej.



Wanda i Leszek – historia prawdziwa
16 kwiecień 2009, 5:39 PM
Zaszufladkowany do: politycznie, społecznie | Tagi: ,

Gazeta Pomorska zainspirowana twórczością Pawła Zyzaka dotarła do ludzi, którzy jak twierdzą, znają bohaterkę rozdziału o nieślubnym synu Lecha Wałęsy – Wandę. Ludzie mówią.. Po prostu, głośno i szczegółowo. Dzieje wielkiej miłości Wałęsy i tajemniczej Wandy są bardzo dramatyczne. Namiętność, odrzucenie, śmierć i ucieczka. Polacy kochają takie historie. Zazwyczaj właśnie po to oglądają seriale po dzienniku. Fikcja fikcją, a tutaj mamy samego prezydenta Polski i to w środku takiego galimatiasu!

Gdyby Wałęsa swego czasu rozerwał szaty i przyznał, że miał nieślubnego syna, że się zdarzyło, no Boże kochany, zdarza się nawet najlepszym – ludzie stanęliby za nim murem. Człowiek ludu popełnił ludzkie błędy. Głowa państwa też ma słabości i to zupełnie naturalne. Ale kłamstwa się piętrzą. To już nie chodzi o przelotny romans młodego elektryka Leszka. Chodzi o reakcję Wałęsy na fakty, a jest ich coraz więcej. I coraz więcej nowości, które niegdyś utajone teraz mogą zachwiać wizerunek ideału.

Dzisiaj niejaki Marek Malinowski, młody polski reżyser zabiera się za zrobienie filmu o mężu Dody. Gdyby skierował swoje zainteresowanie w troszkę inny sektor z pewnością zarobiłby nieporównywalnie większe pieniądze. A byłoby do obsadzenia parę naprawdę istotnych ról. I wówczas szansa na spełnienie groźby stałaby się bardziej prawdopodobna. Prezydent wyłożyłby na stół Nobla, Honoris Causa, Orła Białego, oraz masę innych orderów i krzyży, zebrał manatki i odszedł ze sceny. Taka cena za zawziętość.



żałoba narodowa
13 kwiecień 2009, 9:23 AM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, społecznie | Tagi: ,

Dzisiaj w pożarze bloku na Pomorzu zginęło 21 osób, a ponad 20 zostało rannych. Prezydent już zapowiedział żałobę narodową. Wczoraj na drogach zginęło 25 osób, a ponad 400 zostało rannych. Jest to i tak o wiele lepiej niż podczas Akcji Znicz (w 2007 roku zginęło 99 osób, a ponad 900 zostało rannych) albo noworocznych powrotów z Zakopianki (83/730), ale bilans mówi sam za siebie. W dobie kuriozalnych zadań z matematyki w polskich szkołach proponuję dodać następujące: Na jak ograniczonym terenie musi zginąć tragicznie na raz więcej niż dziesięcioro ludzi by pan prezydent wprowadził żałobę narodową?



teologia komercyjna
9 kwiecień 2009, 10:13 AM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, kulturowo, społecznie | Tagi: , ,

wielkanoc2005

W grudniu Anglia zakłada na siebie taką ilość lampek i świecidełek, że z łatwością dostrzegalna jest z satelity. W okresie pierwszej pełni po pierwszym dniu wiosny, czyli w okresie wielkanocnym w Anglii jedynie czego się można dopatrzeć to czekoladowe jaja w zestawach 12 jajeczek + 1 wielkie. W Polsce jest nieco lepiej. Oprócz palemek i pisanek wywieszonych na oknach sklepów możemy posłuchać transmisji z Watykanu, albo koncertu Rubika ze Świętej Anny. Niestety fakty są niezaprzeczalne. Już na początku września rozpoczyna się klasyczna studniówka. Kalendarze adwentowe można kupić jeszcze w t-shircie i okularach przeciwsłonecznych. Komercjalizacja już dawno wypowiedziała się “ex catedra” – Boże Narodzenie jest ważniejsze od Zmartwychwstania.

Dzisiaj mamy Wielki Czwartek. Czyli ten dzień, który namalował da Vinci na potrzeby Dana Browna. Rozpoczynamy Triduum Paschalne. Chciałam zilustrować to jakimś stosownym, nastrojowym obrazkiem, ale obejrzałam co oferuje google pod hasłem “Wielkanoc” i wybrałam pierwszy.



dodatek do torebki
7 kwiecień 2009, 9:47 AM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, kulturowo, społecznie | Tagi: , , , ,

Showbusiness to świat, który funkcjonuje wedle ściśle określonych zasad. Jednymi z nich są cykliczne trendy w modzie. Niedawno powróciła z hukiem moda na wzory z lat sześćdziesiątych, rok temu fryzury oraz dekoracje włosów z lat siedemdziesiątych. Gwiazdy, aż kipią w prześciganiu się w coraz to nowszych wariacjach na temat strojów, obuwia i dodatków. I to właśnie o nich będzie mowa. Dodatki tworzą i uzupełniają. Dzisiaj słowo “dodatek” posiada nieco błędną definicję, bowiem to on definiuje styl. Bez dodatku jesteśmy niekompletni, a nasza kreacja nijaka. Dawniej chodziło o pasującą do pantofli torebkę, kolczyki, naszyjnik i bransoletkę w jednym stylu albo kapelusz. Pierwsze lata XXI wieku posunęły gwiazdy i gwiazdeczki nieco dalej i przez kilka lat trzymały je w nowomodzie na szczenięta. Szczęnięta do torebki. Najlepiej z kokardką sponsora. Szczenię i gwiazdeczka na czerwonym dywanie. Szczenię i gwiazdeczka na sesji zdjęciowej, zakupach, spotkaniu służbowym czy umówionym wywiadzie. Jedyne miejsce gdzie gwiazdeczka nie pojawiała się ze swoim szczenięciem to weterynarz i alejka parkowa. Szczenię rosło i kiedy już przestawało nim być, sprzedawane zostawało za ciężkie pieniądze jako “używane przez kobietę” zwierzę obyte w showbusinessie.

W ostatnich latach moda nieco się zmieniła. Szczenięta ewoluowały na po prostu małe pieski. Koniecznie rasowe. Taki piesek może zestarzeć się wraz ze swoją panią. O ile przedtem nie zostanie pozostawiony gdzieś przez pomyłkę, lub nie popełni samobójstwa zdając sobie sprawę czyją jest zabawką. Pieski posiada każda trzymająca fason gwiazdeczka pop kultury. Dzisiaj trzymając Chichuachuę w swojej rezydencji lub w torebce jesteś już jedną z wielu. A tego gwiazdy nienawidzą. Dlatego z piesków ewoluowano znacznie dalej. Spece od PR wymyślili swego czasu coś genialnego. Jak zacząć nową modę, zyskać uwielbienie całego świata i jednocześnie nie dać się tak łatwo skopiować przez inne panienki z rozepchanymi portfelami. Adoptować dzieci z trzeciego świata. Warunek jest jeden. Podobnie jak w przypadku piesków – koniecznie rasowe. Czarne lub żółte. Połączyć proces adopcji z dużą dotacją dla sierocińca z którego pochodzić będzie szczęśliwiec, hasłami o nowym życiu i całą masą fotek na tle dzieci z muchami w oczach. Później wracamy do Hollywood z czekoladką pod pachą, a świat kanonizuje cię za życia.

W dzisiejszym świecie w adopcjach dzieci rasowych prym wiodą dwie panie. Święta Angelina z dwójką dzieci z Azji i jednym z Afryki, oraz Błogosławiona Madonna z jednym dzieckiem z Afryki i nagłośnioną w mediach walką o możliwość wzięcia następnego. Madonna wie, że popełniła ten wielki błąd PRowy jakim jest urodzenie dzieci przed adopcją. Cóż to za krańcowy egoizm. Tak po prostu sobie wziąć i urodzić. Angelina przecież mówiła, że te biologiczne dzieci na starcie mają “taryfę ulgową”. Są chciane i białe. Dlatego ona adoptowała najpierw dwoje Azjatów nim zdecydowała się na tę formę egoizmu. Ale świat nie stracił do niej serca, bowiem niedługo potem padło słynne zdanie, że “za każde jedno biologiczne dziecko adoptuję jedno z trzeciego świata”. Jakby adopcja była formą zadośćuczynienia za grzech. I pojawiła się murzynka. Później kolejna ciąża za którą dostali z Bradem 15 milionów dolarów i planowana adopcja tym razem dziecka z Indii. Być może Hindusi są genetycznie biali, ale Angelina szybko wyjaśnia. Obecnie bijący rekordy popularności na świecie hit kasowy “Slumdog Millionare” uzmysłowił jej co naprawdę dzieje się w Indiach. No więc kolejny brzdąc będzie najczęściej fotografowanym Hindusem na świecie.

Madonna musi szybko nadrobić i jeśli adopcja dziecka z Malawi się nie powiedzie ma przecież naście innych krajów w samej Afryce. A jest jeszcze Bliski Wschód i Azja. Adopcja białych dzieci jest o tyle niepraktyczna, że ktoś, kto być może nie śledził sprawy mógłby jeszcze pomyśleć, że adoptowany Amerykanin jest jej biologicznym dzieckiem, a to byłoby PRowe samobójstwo. Sierocińce na Białorusi, w Rumunii czy Armenii również są przepełnione, a dookoła krąży nędza. Niestety te dzieci mają tę wielką wadę, że są białe, a Europa jako kontynent kojarzona jest z zamożnym zakątkiem świata. Afryka, Wietnam, Kambodża czy slumsy w Indiach są o wiele bardziej medialne.

Niedawno dowiedziałam się, że jedna polska para – piosenkarka i aktor – po urodzeniu zdrowego syna poczuli jak bardzo muszą się poprawić i złożyli już popiery adopcyjne do jednego z krajów afrykańskich. Moda z zachodu dociera do Polski. Tylko szczęśliwie w Polsce społeczeństwo nie dało się zwariować na tyle by wyznawać taką parę. Prędzej szydzić będą z męża piosenkarki, że tak łatwo dał się wrobić w czarne dziecko, niż ktokolwiek powie, że są święci.



pamięć sprzed grubej kreski
6 kwiecień 2009, 9:16 AM
Zaszufladkowany do: politycznie, społecznie | Tagi: , , , ,

Zaczęło się od Wałęsy kończy na wielkim spisku. Czyli wszystko po naszemu. Nie pracujący w zawodzie od 1980 roku siwiejący elektryk co jakiś czas powraca na świecznik niczym czkawka. Za każdym razem męczy. Ostatnie dwa “wielkie” powroty Wałęsy łączyły się z dwiema książkami. SB a Lech Wałęsa oraz ostatnia Lech Wałęsa. Idea i historia to przyczyny dla których uzależniony od obecności w mediach były prezydent w swoim mniemaniu został oczerniony, a Polacy oszukani. Niestety ilość jego zwolenników i przeciwników nawet po pierwszej publikacji Gontarczyka i Cenckiewicza nie zmieniła się drastycznie. Osoby, które podobnie jak on sam widzą Wałęsę jako bohatera, który bez niczyjej pomocy obalił Komunizm nadal go w tej roli widzą. Inni, którzy od początku podchodzili do byłego prezydenta z rezerwą albo niechęcią – mogą poczuć się w jakimś stopniu usatysfakcjonowani. Tyle. Tak naprawdę fakty odkrywane po dwudziestu czterech latach, nie mają większego znaczenia dla opinii publicznej. Wałęsa od samego początku był niejednoznaczną postacią i taką pozostanie.

Natomiast pojawił się zupełnie inny problem. Afera wywołana ostatnią publikacją na temat byłego prezydenta  pociągnęła za sobą sznurki, które – z tego co widać – ktoś bardzo pragnął pociągnąć i tylko kiedy nadarzyła się sprzyjająca okazja mógł zrobić to sprawnie i głośno. IPN i spisek PiSu. Autor LW. Idea i Historia wszystkie materiały otrzymał z IPNu, a jego książka jest – o czym trąbią jak jeden mąż dziennikarze GW i Polsatu – wynikiem nagonki Prawa i Sprawiedliwości. IPN znów komuś zaszkodził. Jakże to niemoralne tak zbierać o kimś informacje i później oczernić człowieka jego własną przeszłością. A w tym wszystkim siedzi jeden populista, który od samego początku swojej kariery, jedyne w czym jest naprawdę dobry to rzucanie hasłami pobijającymi rankingi. Donald Tusk i jego najnowsza idea ograniczenia wolności IPNu zaskoczyła już nie tylko zwolenników centrowej Platformy, ale również organizacje kombatanckie i niepodległościowe. Dla wielu zniszczenie IPN to zamach na patriotyzm. Dla innych IPN to rak na sumieniu, a raka trzeba wycinać wraz z zapasem tkanki zdrowej. Już nie będzie można tak po prostu zajrzeć komuś w życiorys, bo, a nuż zajdziemy coś niewygodnego, a później znów banda chorych z nienawiści, nie patrzących w przyszłość zacietrzewionych gnojków będzie bruździć. Do tej pory sądziłam, że taką postawę może przybierać wielka rodzina Gazety Wyborczej, ale nie PO. Najwyraźniej gdzieś pojawił się wynik badania opinii publicznej, która wypowiedziała się na tyle jednoznacznie by zamknąć IPN, że Tusk chcąc nie chcąc – wierny swoim poglądom – znów pragnie by słupek poparcia zadrżał.

W ogóle idea powstania IPNu jest sprzeczna z ideą grubej kreski na którą entuzjastycznie zgodzili się przed dwudziestoma laty uczestnicy Okrągłego Stołu. Archiwizując to co może zatrzymać proces spokojnego patrzenia w świetlaną przyszłość tylko niepotrzebnie zakłóca spokój narodu. I tu nie chodzi o nieślubnego syna Bolka czy średnie wykształcenie Kwaśniewskiego. Wałęsa znów walczy o dobre imię, a szczęśliwie walczy z IPNem. Wystawił sznurki, a Salon sznurki pociąga. Znów pragnie zapominać, nie wracać, nie rozdrapywać. Po co to komu?



rozrywka po polsku
3 kwiecień 2009, 10:39 PM
Zaszufladkowany do: absurdalnie, kulturowo, społecznie | Tagi: , , ,

Są ludzie, którzy chociaż mają zupełnie inne widzenie świata niż ja – nie tracą ani troszkę z mojej sympatii. Jedną z niewielu takich osób jest Wojciech Cejrowski. Pomimo tego, że konserwatysta i homofob. Pomimo tego, że czasami wypowiada się jak rasowy ignorant i niekiedy jego wypowiedzi mają charakter antypolski kojarzy mi się właśnie z typowym Polakiem. Chmurnym i niezadowolonym z otaczającej go rzeczywistości i rządzących. Mówi to co myśli, jest bezkompromisowym krytykiem. Nie potrafię wymienić nikogo podobnego w polskiej telewizji i chyba nie jestem w tym osamotniona, bowiem pan Cejrowski zapraszany jest do coraz to innych programów, a i sam posiada jeden na TVN Style. Ostatnio na You Tiubie znalazłam filmik z niejakiego “Orzeł czy Reszta” nowego programu Dwójki, który miał zastąpić dawne “Europa da się lubić”. Nie wiem która nazwa głupsza. W orle czy reszcie prowadzonym przez jak zwykle mdłą Monikę Richardson również znalazł się Wojciech Cejrowski. Miesiąc temu zaproszono go do programu, którego niedzielny odcinek miał poruszać problem polskich cech narodowych. Telewizja skonfrontowała przesłodzoną mimozę i pyskatego awanturnika. Ale to nie wszystko. Oprócz śmiejącej się jak głupi do sera Richardson i Cejrowskiego na kanapie obok siedziała trójka obcokrajowców, którzy do takiego stopnia zakochani są w Polsce, że każdy z nich w świetle prawa jest już jednym z nas. Amerykanin, Fin i Niemka zrzekli się swojego obywatelstwa na rzecz Polskiego. Siedzą i już się w nich odzywa ta polskość, bo narzekają. A na kogo narzekają? Na Polaków. No i Richardson zaprasza Cejrowskiego. Ten siada i zaczyna słać wiązankę. Bez pardonu i śmiem nawet powiedzieć niekulturalnie. Polacy – nówki są przerażeni. Cejrowski wyraźnie nie traktuje ich jak jednych z nas. Rozpoczyna się kłótnia, którą perlistym uśmiechem przerywa prowadząca.

I do tego momentu wydawać by się mogło – kolejna pyskówka konserwatysty z cudzoziemcem. Ale niestety tak nie jest, ponieważ Wojciech Cejrowski w zeszłym roku przyjął obywatelstwo Ekwadoru. Niby dla podatków, niby dlatego by nie być obywatelem unii, ale w świetle prawa tak samo jak Bjorn, Irma i Joe Polakami są, tak Cejrowski już nie. Cóż za przewrotność.. W jednym studio na dwóch prostopadłych kanapach zasiadło pięcioro ludzi, z których czworo było niezadowolonych ze swoich ojczyzn na tyle by z nich zrezygnować. I pouczają się nawzajem, przewracają oczami, nie kryją oburzenia. Ekwadorczyk Cejrowski z jego bezapelacyjną elokwencją na naprawdę wysokim poziomie nie czuje się ani trochę zagrożony, broniąc swojej ex ojczyzny niczym lew. Polacy nówki natomiast – z polszczyzną, która doprowadziłaby prof. Miodka do palpitacji – muszą połączyć siły. Debata, która daje nam tyle folkloru co odpust na Świętego Jana zostaje przypieczętowana delikatnymi komentarzami prowadzącej i rozanielonym zaproszeniem za tydzień. I za ten cały cyrk na przemian z M jak Miłość każą płacić abonament. Świat się kończy..

A Cejrowskiego lubię nawet pomimo tego, że jest już El Hombre Senior Cejrowski.